Op. cit.,

Tagi: antropologia polityczna | etnografia internetu | technologia

Errata do spektaklu

27 lutego 2011

Jacek Wajszczak

Zgadzam się Cichockim i Jałosińską: „fakt, że możemy być zaangażowani politycznie, nie oznacza, że wolno nam zatracić naukową świadomość i uważność” – dlatego postanowiłem raz jeszcze zabrać głos w dyskusji na temat WikiLeaks i mediów.

W mojej poprzedniej wypowiedzi chciałem przede wszystkim uwrażliwić oko i umysł potencjalnego badacza na złożoność zjawiska, jakim jest WikiLeaks, i tego, co się z nim wiąże. Zostało to nawet zauważone i – według mnie opacznie – nazwane „zbyt pochopną polityzacją”. Nie odbieram jednak tych słów jako zarzutu, bo, podobnie jak Tomasz Mann, uważam, że „nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”. Mam też wrażenie, że starając się zrozumieć argumenty drugiej strony, poświęciłem zbyt dużo uwagi detalom. Być może też za wiele w moim tekście niuansów i multimedialnych wycieczek, co sprawiło, że moja myśl, z początku jasna, rozmyła się w tej różnorodności. Pójdę więc za radą przywołanego przez Cichockiego i Jałosińską Stuarta Halla i skupię się na wybranym fragmencie rzeczywistości – w tym przypadku internecie. Odpowiedź ta niech więc będzie nie tyle erratą, co esencją myśli zawartej w tekście poprzednim.

Anonymous – jeden z przykładów, kiedy użytkownicy internetu wychodzą poza role biernych odbiorców i starają się wspólnie reżyserować (czy raczej negocjować) rzeczywistość.

anonymous

Cichocki i Jałosińska opisując zjawisko WikiLeaks bazują na klasycznej literaturze poświęconej mediom – czyli tej sprzed epoki internetu. Przywołany przez nich Hall swoje najważniejsze prace tworzył w latach 70. i 80., kiedy to triumfy święciła kolorowa telewizja. Nie mam nic przeciwko klasykom, ale – przepraszam za oczywistość – pojawienie się internetu zmieniło świat. Obawiam się jednak, że podobnie jak dwieście lat temu uczestnicy rewolucji przemysłowej, również i my nie zdajemy sobie sprawy ze zmian, których jesteśmy świadkami, i dopiero pewien dystans czasowy pozwoli docenić ich znaczenie. Tym bardziej więc trzeba się zastanowić, czy obecne metody opisu są nadal aktualne.

Portal WikiLeaks, który stał się przedmiotem naszej dyskusji, należy do generacji internetu określanej mianem Web 2.0. Jej medialna rewolucyjności polega na zmianie klasycznego układu z nadawca – odbiorca na relację użytkownik – użytkownik, gdzie bycie użytkownikiem oznacza również bycie nadawcą. W przypadku WikiLeaks jest to zarówno zdobywanie materiałów, umieszczanie ich w sieci, jak i przesyłanie dalej, komentowanie, a także publikowanie fragmentów na blogach czy portalach społecznościowych. Sukces informacji polega więc nie na dużej liczbie odwiedzin konkretnej strony, ale wtórnym życiu przekazu w sieci. Co ważne, wiadomość raz puszczoną w obieg trudno jest kontrolować – próba jej kontroli może wręcz doprowadzić do efektu odwrotnego od zamierzonego (patrz: Streisand effect).

W różnego rodzaju analizach fenomen internetu często porównywany jest do rewolucji druku. Używając tej analogii należy jednak pamiętać, że to nie uczone księgi wpłynęły na zmianę tożsamość ówczesnych mieszkańców Europy, ale wszelkie druki ulotne sprzedawane przez obwoźnych kramarzy. Myślę, że dziś jest podobnie – większe znaczenie niż korporacyjne portale mają komunikaty przesyłane sobie nawzajem przez użytkowników oraz tworzone spontanicznie i niezależnie społeczności (na przykład WikiLeaks). Oznacza to, że – używając nomenklatury Cichockiego i Jałosińskiej – nie ma tu jednego reżysera, ale reżyserem jest każdy. Powstaje jednak pytanie, czy w sytuacji, kiedy mamy samych reżyserów, możemy mówić o spektaklu – i czy w ten sposób nie tracimy z oczu czegoś istotnego? Dynamika zaangażowania nie opiera się więc na „medialnym doświadczeniu zapośredniczonym, dzięki któremu widzowie mogą stawać się uczestnikami”, ale na doświadczeniu bezpośrednim, którym jest korzystanie z (czy raczej współtworzenie) sieci.

Myślę, że czas poddać aktualizacji niektóre teorie – w tym przypadku te dotyczące mediów. Możemy też, jeżeli chcemy pozostać bliżej teatru (i, podążając śladem Antonina Artaud, twórcy teatru okrucieństwa), zniszczyć wszystkie filozofie i poszukać ich od nowa – w końcu nie rodzimy się z nimi, tylko w zależności od okoliczności je przyjmujemy.

Przyjmując określoną metodę, w pewnym sensie tworzymy lub filtrujemy rzeczywistość, wydobywając z niej rzeczy dla nas istotne. Jak twierdził Jacek Olędzki, nie ma jednej doskonałej metody – nie ewoluują one od najprostszej do najlepszej. Każda ma swojej wady i zalety, pozwala zogniskować spojrzenie na wybranym zagadnieniu, na jego wybranym aspekcie. Sztuka antropologii kulturowej polega właśnie na twórczym wykorzystaniu i przyswajaniu metod w celu poszukiwania odpowiedzi na pytania o otaczający nas świat. Myślę, że obowiązuje jednak pewien metodologiczny savoir-vivre i nie jest wskazane, by użycie konkretnej metody, mimo całej jej atrakcyjności, wiązało się z redukcją (amputacją) znaczącego w opisywanym zjawisku – a mam wrażenie, że tak właśnie się stało, gdy temat internetu i WikiLeaks sprowadzono do telewizyjnego show. Moim zdaniem mówienie tylko o reżyserowaniu wystąpień, ekonomii uwagi i o „aktywnym przeżywaniu gigantycznego widowiska, które mieści się w przewidywalnych ramach kulturowego spektaklu” pozbawia opisywane zjawisko jego podstawowych właściwości. Być może moje spojrzenie na sieć może wydawać się zbyt idealistyczne – przyzwyczajeni jesteśmy bowiem do modelu nadawca (reżyser) – odbiorca. Sądzę jednak, że ponieważ są to dopiero początki i pierwsze sytuacje, w których internet zyskuje zastosowanie jako narzędzie rewolucji, lepiej przy jego opisie zostawić pewien margines. Warto spojrzeć nań szerzej, już na samym początku nie wciskać go w ciasne interpretacyjne ramy.

Na koniec jeszcze dwie drobne uwagi: pisząc o zajęciu pozycji po stronie władzy, nie miałem na myśli tylko władzy państwowej, ale władzę w foucaultowskim ujęciu – zdefiniowaną nie przez jej podmiot, a przez działanie. Wydaje mi się, że ciekawsza byłaby próba zbadania internetu jako narzędzia oporu przeciwko niej, sposobu tworzenia alternatyw. Po drugie: Mohamed Bouazizi, czyli ów „nieszczęsny, zdesperowany sprzedawca warzyw z Tunezji, którego samospalenie wywołało falę demonstracji”, mimo że nie udało mu się skończyć studiów, miał dostęp do internetu.

Opcity: Antonin Artaud, Teatr i jego sobowtór; Janusz Dunin, Papierowy bandyta; Umberto Eco, Apokaliptycy i dostosowani; Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia; Michael Herzfeld, Antropologia. Praktykowanie teorii w kulturze i społeczeństwie; Jacek Olędzki, Murzynowo, znaki istnienia; Nancy Scheper-Hughes, The Primacy of the Ethical. Propositions for a Militant Anthropology.

Ilustracja pochodzi z zasobów portalu Flickr.com.

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.

Jacek Wajszczak - OD LAT NA ANTROPOLOGICZNEJ ŚCIEŻCE, ABSOLWENT IEIAK UW. FOTOGRAF PRASOWY I AUTOR SZTUK KRYTYCZNYCH, WEGETARIANIN, CYKLISTA. RÓWNIEŻ PISZĄCY. OSTATNIO EKSPERYMENTUJE Z FILMEM.

Twój komentarz

Komentarze: 4

  • Piotr Cichocki - odpowiedź napisał/a:
    1 rok, 2 miesiące temu (2 marca 2011, 00:31)

    Z zainteresowaniem przeczytałem Pański artykuł i mimo że klaruje on Pańską postawę, mam wrażenie, ie zawiera zbyt wiele uproszczeń. Jako osoba żywo zainteresowana poruszaną przez Pana problematyką, uważam za swój obowiązek uściślenie kilku kwestii i pojęć. Z drugiej strony sądzę, że tekst jest na tyle podobny do poprzedniego, że nie ma potrzeby formułowania odpowiedzi w formie osobnego artykułu. Swoje uwagi pozwoliłem sobie ująć w czterech punktach.

    [1] Proponuję byśmy wyłączyli z naszej debaty wątek związany ze sprawą WikiLeaks a rewolucjami w Egipcie i Tunezji, jako, że grozi nam to w najgorszym razie demagogią (szczególnie gdy odwołujemy się do emocji związanych z ofiarami), w najlepszym razie – uprawianiem antropologii czysto akademickiej. By ocenić rzeczywisty wpływ portalu na wydarzenia i polityczny aspekt korzystania z internetu w tych krajach, winniśmy odnieść się do konkretnych terenowych badań, które zbadałyby tę kwestię. Dość powiedzieć, że w publicystycznych analizach bardzo rzadko można spotkać jednoznaczne wnioski dotyczące relacji między rewolucjami a WikiLeaks. Z drugiej strony trudno polemizować ze stwierdzeniem, że Tunezyjczycy, w tym Mohamed Bouazizi, nie uczestniczyli w internetowej wymianie informacji. Jako antropolog zajmujący się nowymi mediami, chciałbym zaznaczyć, że sposoby korzystania z technologii mogą znacznie różnić się w zależności od kontekstu kulturowego i odbiegać od naszych wyobrażeń na ten temat. Mogę to stwierdzić na podstawie własnych badań wśród australijskich Aborygenów i mieszkających w Sydney Maorysów, skądinąd deklarujących się jako żołnierze na froncie walki politycznej, jak również wśród polskich młodych użytkowników Web 2.0 w Warszawie i na Augustowszczyźnie. Do podobnych wniosków doszli po wieloletnich badaniach na Trynidadzie Daniel Miller i Don Slater, wykazując przy tym, że sieciowe zaangażowanie polityczne częściej rozwijają użytkownicy internetu z bogatszych dzielnic, o wyższym wykształceniu i wyższej średniej dochodów. Nie wątpię, że w trakcie zamieszek internet może odgrywać jednoznacznie (jako pojęcie emic) “polityczną” rolę na znacznie większą skalę, co zaobserwowałem, śledząc nerwowo jakiś czas temu twitty z Białorusi, Iranu, czy obecnie z Libii. Sądzę jednak, że dyskutowaliśmy raczej o momencie poprzedzającym wybuch zamieszek. W każdym razie nie mamy przesłanek, by z całą pewnością powiązać WikiLeaks z Rewolucjami w Północnej Afryce. Ponadto nasz artykuł dotyczył końcowej fazy działania serwisu, momentu, w którym “zadarł” ze Stanami Zjednoczonymi, a nie kiedy wyciągał na wierzch brudy przywódców mniejszych państw. Zamknijmy ten wątek.

    (ciąg dalszy w następnym komentarzu)
  • Piotr Cichocki - odpowiedź napisał/a:
    1 rok, 2 miesiące temu (2 marca 2011, 00:32)

    [2] Powołuje się Pan z chęcią na pojęcie Web 2.0, niemalże cytując manifest obwieszczający świt nowej technologii, napisany w ramach firmy O’Reilly Media (jego uważna lektura pozwoli zauważyć, że to w równym stopniu technika, jak i pewien konstrukt ideologiczny). Podzielam Pańską fascynację, o czym świadczą badania terenowe, które od kilku lat prowadzę w ramach jednej z polskich społeczności tego typu, rozmawiając jednocześnie z jego pracownikami jak i użytkownikami. Większość serwisów, w tym używający technologii “wiki” WikiLeaks, posiada odmienne grupy szefów, administratorów, czynnych i biernych użytkowników, które wiążą się różne motywacje i warunkami odczytania. Tezę opieram na doświadczeniu badawczym, ale również na tekstach Herzfelda, Wilsona i Petersena (nie tylko starożytnego Pańskim zdaniem Halla). Web 2.0 nie niszczy struktur hierarchicznych ani nierówności kapitału symbolicznego, nie jest wolne od manipulacji (o czym piszą Dalsgaard, Castells, Bard i Soederqvist), z pewnością nie zanika w jego ramach zjawisko przedstawiania, aranżowania i niemal aktorskiej gry (o czym piszą Turkle, Boellstroff). Bardziej jednak od samej struktury interesowało nas znaczenie i proces wokół niego, co prowadzi do kolejnego istotnego pojęcia…

    [3] ...konwergencji. Całkiem współczesny, zainteresowany multimediami Jenkins opisuje za pomocą tego terminu przenikanie platform medialnych, podróżowanie znaczeń pomiędzy nimi. Jednym z takich znaczeń było właśnie WikiLeaks, ruch nie zamknął się w ramach wspólnoty hackerów.
    Pomimo zmiany, jaką przynosi Web 2.0 (a jeśli mamy wierzyć kolejnym technicznym proroctwom, jesteśmy już na progu ery Web 3.0), telewizja, prasa nie zniknęły, bierni konsumenci nie przemienili się za dotknięciem magicznej różdżki w politycznych aktywistów i to oni w milczącej większości skonsumowali informacje o depeszach Departamentu Stanu i aresztowaniu Assange’a. Sprawa WikiLeaks, o której pisaliśmy, rozegrała się pomiędzy platformami medialnymi, które aktywność zmieniły w medialną historię. “Przedstawienie musi trwać” to analiza procesu pożerania przez mainstreamowe media. W skonstruowanym przez nas ujęciu nie ma schizmy na wolne Web 2.0 i związaną z władzą telewizję, proces, który opisaliśmy przebiegał w poprzek tych sztucznie zarysowanych granic.

    (ciąg dalszy w następnym komentarzu)

  • Piotr Cichocki - odpowiedź napisał/a:
    1 rok, 2 miesiące temu (2 marca 2011, 00:33)

    [4] Prowadzi to do ostatniego punktu, ponownie związanego z politycznym wymiarem naszej debaty. Stwierdził Pan za Mannem, że wszystko jest polityką, nie zaprzecza to jednak naszym intencjom. Zaznaczyliśmy, że Pańska polityzacja naszego tekstu była zbyt pośpieszna i chybiona. Nasz tekst stawia pytanie o ciągle żywą i totalizującą rolę spektakularyzacji. Pisaliśmy też o tym, że walka z pewnymi potęgami nie dokonała się jeszcze, kiedy słabsze bastiony władzy dawno padły. Sprawą otwartą jest to, czy większy potencjał kryje się w postawie gloryfikującej niezrealizowane jeszcze technologiczne utopie, czy też w tropieniu manipulacji, walki i nierówności, czym cechował się nasz tekst. Opowiadam się raczej za zakończeniami otwartymi i trudnymi pytaniami.

    Z wyrazami szacunku
    Piotr Cichocki

  • Ewa Sobolewska napisał/a:
    6 miesięcy, 4 tygodnie temu (21 października 2011, 18:39)

    Bardzo, bardzo interesujące