Op. cit.,

Tagi: antropologia ciała | antropologia medyczna | feminizm | gender

Instynkt w plastrach

14 marca 2010

Anna Maria Szutowicz

Pytanie czy kobieta ma się do mężczyzny tak, jak natura do kultury, powraca niespodziewanie. W szkole rodzenia. I żywe pozostaje przez całą ciążę – aż do pobytu na oddziale położniczym.

Doświadczenie zajęć w szkole rodzenia okazało się ze wszech miar fascynujące. Mniej nawet ze względu na możliwość wykąpania, przewinięcia i ubrania w śpioszki gumowej lalki oraz symulację karmienia jej piersią (żywy bobas okazał się znacznie trudniejszy do okiełznania). Bardziej z racji zetknięcia się z nowym dyskursem dotyczącym macierzyństwa, miłości i płci. Ten otoczył mnie – bez opamiętania czytałam blogi, artykuły w prasie i poradniki dla ciężarnych. Rozmawiałam z mamami, położnymi i lekarzami. Inne niż ciąża i poród tematy wydawały mi się miałkie. Narracja, z którą się zetknęłam, bezpośrednio przełożyła się na moje doświadczenie ciąży i porodu, a obecnie ma wpływ na moje rodzicielstwo. Próba dekonstrukcji opowieści o naturze (kulturze) macierzyństwa była i jest swoistą formą obrony i odnalezienia siebie w nowej dla mnie sytuacji, dlatego tekst ten jest bardzo osobisty.

Szkoła rodzenia po ludzku

Współczesna opowieść o dobrym i godnym porodzie w Polsce – o porodzie „po ludzku” – jest heterogeniczna, pełna wewnętrznych sprzeczności. Widoczne są w niej wpływy ideologii rodzenia, powstałej na Zachodzie w latach 60. pod wpływem ruchu feministycznego i hippisowskiego. Jedną z prekursorek nurtu jest antropolożka Sheila Kitzinger, autorka ponad 20 książek o wydawaniu dzieci na świat. W najbardziej chyba znanej Szkole rodzenia zakwestionowała ona jako „nienaturalne” m.in. rodzenie na leżąco, lewatywy, golenie waginy („by była gładka jak jajko”), rutynowe nacinanie krocza. W 1993 roku Kitzinger była w Polsce gościem konferencji „Jakość narodzin – jakość życia”, po której ruszyła pierwsza edycja akcji „Rodzić po ludzku”.

Szczególnie silny, a jednocześnie niezmiernie ciekawy w dyskursie porodowym wydał mi się wątek sprawczości kobiety oraz żonglerka pojęciem „natury” i „naturalności”. A naturalne jest dla rodzącej zdanie się na własne ciało, wyłączenie myślenia i zaakceptowanie bólu. Przedstawiona jako ekspertka holenderska położna Beatrijs Smulders odradza czytelniczkom „Gazety Wyborczej” jakiekolwiek planowanie porodu: „Planowanie to zadanie dla kory mózgowej. A kora mózgowa i myślenie to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje rodząca. Chodzi właśnie o to, by przestać myśleć, planować, kombinować, by poczuć siłę, jaka tkwi w naszym ciele, w naszej miednicy, macicy, i podążać za tym, co nam ciało dyktuje”.

Powinnam już wtedy postawić pytanie o to, czy kora mózgowa nie jest przypadkiem także częścią ciała. Ale skupiona byłam na poszukiwaniu wskazówek czy nawet „obiektywnej wiedzy” o tym, jak urodzić. I dlatego, choć starałam się wierzyć, że „moje ciało wie, jak urodzić, ponieważ poród jest całkowicie fizjologicznym i instynktownym procesem, którego nie musisz się uczyć” (broszura Fundacji Rodzić po Ludzku), postanowiłam zapisać się do szkoły rodzenia. Tym bardziej, że zajęcia refundowane są przez miasto stołeczne Warszawa dla kobiet, które są tu zameldowane, uczą się lub pracują.

Ponieważ zależało mi na szkole akredytowanej przez szpital*, w którym chciałam rodzić, musiałam zapisać się na zajęcia na wiele tygodni wcześniej. Spotkania – co ważne: przeznaczone dla „rodziców”, a nie dla „mam”** – odbywały się w osiedlowym klubie sportowym. Na pierwszych zajęciach zostaliśmy poproszeni o ułożenie worków sako blisko siebie, w kręgu, co miało stworzyć poczucie intymności. Jak na warsztatach terapeutycznych, uczestnicy mieli zobowiązać się do „zachowania w tajemnicy wszystkiego, co zostanie na tej sali powiedziane”, a w programie kładziono nacisk na zwiększenie pewności kobiet, że są w stanie urodzić „naturalnie” i (więc) pięknie. I że to zupełnie „naturalna” decyzja.

* Szpital, o którym mowa, jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej obleganych w stolicy, posiada także rekomendację Fundacji Rodzić po Ludzku. Polityka opisanej szkoły, szpitala i Fundacji są dość spójne, co pokazuje siłę tego dyskursu.

  • Określenia takie jak „ciężarna” czy „płód” nie były używane. W narracji tej istniała już „rodzina”, czyli „dziecko” („dzidziuś”, „bobasek”, „maleństwo” lub „niemowlak”), „mama” oraz „tato”.

Lwica i logistyk

Byłam jedyną kobietą, która na pierwszym spotkaniu zjawiła się bez partnera i gdybym faktycznie była samotna, to po tych zajęciach bym się załamała. Położna przedstawiła poród i rodzicielstwo jako najważniejsze momenty w życiu pary, w których kobieta i mężczyzna mają określone, komplementarne wobec siebie role. W tym duchu przebiegały także kolejne spotkania, na których uczestnicy byli zwykle dzieleni na grupy według płci – kobiety i mężczyźni tworzyli osobne kręgi, by zajmować się problemami specyficznymi dla siebie. Na przykład podczas warsztatu dotyczącego faz porodu „mamy” miały za zadanie „przećwiczyć” pierwsze stadium – wielogodzinne parcie i kurczenie się macicy (w tej roli zapinany na suwak szmaciany woreczek*, w którym ukryta jest lalka-niemowlę). Siedziałyśmy więc w kręgu i wyciskałyśmy lalkę z worka poprzez zacieśnianie materiału u góry. „Kobieta jest wytrwała – tłumaczyła położna – a mężczyzna jest logistykiem, więc tatusiowie opracują fazę partą porodu i przejście przez kanał rodny”. „Tatusiowie” dostali gumowego bobasa i plastikową kopię kości miednicy. Wbrew naturze swojej płci nie udało im się jednak wykoncypować, że główka lalki powinna obrócić się w bok i grupa kobiet „ratowała” zakleszczone przez swoich partnerów „dziecko”. Położna nie zweryfikowała jednak przeświadczenia o podziale ról, mówiąc, że podczas porodu nad kobietą górę weźmie jej zwierzęca natura i przestanie myśleć, więc odpowiedzialność za myślenie będzie musiał przejąć jej partner. „Jak przyjdą skurcze, musicie przestać się zastanawiać, myśleć. To jest wszystko instynkt. Stajesz się jak lwica (...), rodzisz jak każda samica. Mądrość ciała powie ci, co masz robić”. Na innym spotkaniu okazało się, że „we wszystkich prymitywnych kulturach” kobiety rodzą wraz ze swoimi partnerami, co uzasadnione jest właśnie tym, że potrzebny jest element racjonalny kontrolujący sytuację i nagle zdziczałą partnerkę.

* Odpięcie zamka błyskawicznego i wyjęcie przez ten otwór lalki oznacza „nienaturalny” poród przez cesarskie cięcie.

Trudno się więc dziwić, że o ile podczas pierwszych spotkań kobiety miały wątpliwości, czy chcą rodzić w obecności swoich partnerów (czyli w ogólnie przyjętej nomenklaturze „rodzinnie”), o tyle na zakończenie zajęć niemal wszystkie uznały to za oczywistość. Mężczyzna, uosabiający kulturę i rozum, okazał się elementem niezbędnym i komplementarnym wobec natury ucieleśnionej w postaci rodzącej kobiety.

Ciekawe było obserwowanie, jak pary modyfikują swoje poglądy i przekonania, a mężczyźni stają się „tatusiami”. Proces ten rozpoczął się już na pierwszych zajęciach, pod koniec których odbyły się „warsztaty z wizualizacji”, podczas których ojcowie mieli nawiązać mistyczną więź z dzieckiem poprzez namalowanie synka czy córeczki na brzuchu partnerki. Gdy położna (z zauważalnym współczuciem) trzymała mi lusterko, bym sama mogła zwizualizować moje dziecko za pomocą krwistoczerwonej pomadki, podjęłam decyzję, że więcej sama do szkoły rodzenia nie przyjdę. I tak mój partner został kolejnym bohaterem opowieści o rodzinnym porodzie. Chciałabym tu dodać, że jestem gorącą orędowniczką aktywnego tacierzyństwa i z zadowoleniem przyjmuję zmianę postaw, jaką dostrzegam, gdy porównuję zachowania znajomych z pokolenia mojego ojca i moich rówieśników. Uważam nawet, że ten nowy podział ról jest dobry i sprawiedliwy. Chciałam, żeby mój partner zastosował się do rad dla ojca przedstawionych w podręczniku ze szkoły rodzenia, czyli m.in. posprzątał, zrobił zakupy, pomyślał o prezencie dla mnie („może coś z biżuterii?”), a co istotniejsze by był „wsparciem dla młodej mamy [która] musi sobie radzić z nową rolą, ze zmęczeniem, popękanymi brodawkami i emocjami” oraz „tatą od samego początku”, który stanie się „ekspertem w opiece nad swoim dzieckiem”. Jednak język naturalizujący tę zmianę nie jest w żadnej mierze „niewinny” i stwarza szerokie pole dla praktyk wykluczania – choćby ciężarnych żyjących poza modelowymi związkami heteroseksualnymi.

Poród? Naturalnie.

Pamiętam, że gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, spotkałam się z przyjaciółką – mamą 2-letniego chłopca. Ola nie przebierając w słowach zaklinała, żebym „załatwiła” sobie cesarkę. Opowiadała o bólu nie do wytrzymania, porównywalnym do amputacji nogi bez znieczulenia. Ja byłam wtedy neoficką wyznawczynią dyskursu propagowanego m.in. przez Fundację Rodzić po Ludzku i zdecydowaną na „poród naturalny” ekspertką w „naturalnych” metodach łagodzenia bólu. Zaczytywałam się co prawda w porodowych „opowieściach grozy” na licznych forach poświęconych tematowi, ale byłam przekonana, że dzięki jodze, oddychaniu, zmianom pozycji, aromaterapii, piciu wywaru z liści malin, zażywaniu wiesiołka i masażom mojego partnera mój poród będzie „do zniesienia”, a nawet piękny i mistyczny. Poruszona czytałam wypowiedź Smulders: „Jeśli czujemy się autorkami swojego porodu, to traktujemy ból jak coś, przez co trzeba po prostu przejść. To jest trochę jak wspinanie się na stromą górę – mamy zadyszkę, czujemy ból mięśni, czasem brakuje nam tchu (...). Ale przed nami jest nagroda. Zdobywamy szczyt i oglądamy cud natury”. Należy zadać pytanie (którego ja sobie nie postawiłam na czas): dlaczego kobieta ma znosić ból zamiast go uśmierzyć? Odpowiedź Fundacji Rodzić po ludzku brzmi: ponieważ „ból został kobietom dany przez naturę”, a „odczuwanie porodu, również poprzez doświadczanie bólu, jako dynamicznego procesu, odpowiada dynamizmowi wewnętrznego przeżycia kobiety, która staje się matką i może jej pomóc mocniej stanąć na własnych nogach w nowej sytuacji życiowej”. Farmakologiczne sposoby znoszenia bólu są krytykowane jako zagrażające zdrowiu matki i dziecka, zabijające instynkt macierzyński, powodujące depresję. Rodząca ma więc zostać w bezpiecznym dla siebie porządku określanym jako naturalny i nie wykraczać poza niego.

W dyskursie propagującym „naturalne” porody (czyli nieprzyspieszane syntetyczną oksytocyną porody fizjologiczne bez użycia farmakologicznych środków przeciwbólowych) wyraźny jest wątek sprawczości i decyzyjności rodzącej. Ma ona rodzić „tak, jak chce” – wbrew złym lekarzom i szpitalom, które chcą kobiecie ten poród „odebrać” poprzez kładzenie jej do łóżka, podawanie leków. Nierzadko w opowieści tej kultura i technologia oraz lekarz-mężczyzna zagrażają naturze i kobiecie. „Wie pani, położą, żeby im było wygodniej, bo facet się nie może schylić, nie? Żeby kobieta mogła sobie w kucki rodzić, no nie? I powiedzą, że taka jest polityka szpitala (...), mają leki, to oni wiedzą lepiej. A nas, kobiet, się nie słucha!” – usłyszałam od znajomej położnej. Skrajnym przypadkiem ingerowania w naturę i kobietę ma być cesarskie cięcie – poród, podczas którego kobieta traci możliwość decydowania i ma znikomy wpływ na to, co się dzieje. Fundacja Rodzić po Ludzku i cytowane powyżej autorytety propagują porody w domu, które mają być znacznie bardziej naturalne niż te w szpitalu. Cytowana powyżej Smulders przekonuje, że przejście przez poród uwalnia poczucie mocy i sprawczości. Podobnie inne autorytety w tej dziedzinie – Janet Balaskas czy Sheila Kitzinger. Wszystkie one odwołują się do tego, jak rodzą kobiety w „kulturach pierwotnych” czy „prymitywnych”, które – rzecz jasna – są bliżej natury (czyli pewnie buszu).

Triumf natury?

Próbując wyjaśnić uniwersalne podporządkowanie kobiet, Sherry B. Ortner postawiła pytanie, czy kobieta ma się do mężczyzny tak, jak natura do kultury. Twierdziła, że utożsamienie kobiet z naturą jest konsekwencją ich fizjologii. Mężczyźni, mając mniejszy udział w reprodukcji, musieli spełniać się w kulturze. Artykuł Ortner dał początek debacie o hierarchii kultury i natury w kontekście płci. Autorce zarzucono m.in. etnocentryzm – jak pisała np. Henrietta L. Moore: „Koncepcja wyższości kultury nad naturą jest koncepcją Zachodu; częścią aparatu pojęciowego społeczeństwa, które pojmuje cywilizację jako kulminację ludzkiego triumphu nad naturą”. Opowieść o „rodzeniu po ludzku” przeczy tej koncepcji – wynosi naturę ponad kulturę, obsadzając rodzącą w głównej roli porodowego spektaklu, mężczyznom i medycynie pozostawiając drugi plan. Czy same rodzące doceniają daną im sprawczą moc? Czy sytuują się w porządku natury? Wiele położnic, z którymi rozmawiałam, deklarowało, że „następnym razem tylko cesarka!” i że bez znieczulenia nie dałyby rady urodzić. „Niech mnie ogłuszą i mi to wyjmą” – powiedziała jedna z nich. Z drugiej strony wszystkie doceniały porodową „naturalność” pod postacią braku depilacji i lewatywy, możliwości zmian pozycji.

Pojęcia natury i kultury, podobnie jak męskości i kobiecości, są konstruktami płynnymi, podlegającymi bardzo indywidualnym myślowym negocjacjom. Dyskurs „rodzenia po ludzku” funkcjonuje obok medyczno-naukowego, w którym to poród w szpitalu, pod okiem i według wskazówek lekarza, jest tym odpowiednim, bo nowoczesnym i bezpiecznym – cywilizowanym. Te porządki, choć sprzeczne, stanowią pewne obszary języka i znaczeń, które jednostki mogą dowolnie łączyć. Jak jedna z położnic, która – martwiąc się, że dopada ją baby blues – pocieszała się, że „jakby co” poprosi o plastry. Zapytana, o co chodzi, tłumaczyła: „Ponoć są takie plastry na instynkt [macierzyński]. Uwalniają te takie hormony i masz od razu instynkt bez baby bluesa ”.

Opcity: Janet Balaskas, Poród aktywny. Nowe spojrzenie na naturalny sposób rodzenia; Justyna Dąbrowska, Poród nas wyzwala. Rozmowa z Beatrijs Smulders, holenderską położną, „Czekając na dziecko. Poradnik dla przyszłych rodziców” – dodatek do „Gazety Wyborczej”; Sheila Kitzinger, Szkoła rodzenia; Henrietta L. Moore, Co się stało kobietom i mężczyznom? Płeć kulturowa i inne kryzysy w antropologii, [w:] Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej. Kontynuacje, red. M. Kempny, E. Nowicka; Sherry B. Ortner, Czy kobieta ma się do mężczyzny tak, jak natura do kultury?, [w:] Nikt nie rodzi się kobietą, red. T. Hołówka; www.rodzicpoludzku.pl

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.

Zdjęcia autora

Anna Maria Szutowicz - etnografka, feministka, mama i macoszka. Redaktorka naczelna pisma “(op.cit.,)”. Prowadzi grupę laboratoryjną “Płeć, seksualność, polityka” w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Jako Senior Research Manager w Grupie IQS bada życie konsumpcyjne naszych.

Twój komentarz