Op. cit.,

Tagi: antropologia | antropologia zaangażowana

Ku odpowiedzialnej antropologii

15 marca 2010

Michał Buchowski

Wypowiedzi Agnieszki Kościańskiej (tekst Ku odpowiedzialności) oraz Joanny Tokarskiej-Bakir (wywiad pt. Ku antropologii) na temat stanu, kształtu i celów polskiej antropologii, które ukazały się na łamach „Opcitu” [nr 6–7 (19–20)/2004], wiążą mi trochę ręce i nadają ton dyskusji. Niemniej nie mogę, w imię odpowiedzialności i dobra antropologii, pozwolić sobie na wyjście poza ramy wyznaczone przez Agnieszkę. Powód, poza zdyscyplinowaniem, jest taki jak zawsze: chodzi o to, by dyskusja się nie rozlazła na wszystkie strony.

Powiem od razu, że w pełni rozumiem jej rozgoryczenie brakiem zaangażowania polskiej antropologii w debatę publiczną, a jednocześnie podzielam sąd Joanny Tokarskiej-Bakir, że nie w ustaleniu paradygmatu rzecz cała spoczywa. Nie ma co bowiem liczyć na to, że któraś z orientacji będzie swoistym panaceum na rozwiązanie jakichkolwiek problemów. Antropologia może i powinna być i symboliczna, i stosowana, i kognitywna, i neomarksistowska, i krytyczna, i refleksyjna, i feministyczna, i postmodernistyczna, i postkolonialna, i postsocjalistyczna, i historyczna, i… Wszystkie te i inne orientacje zazębiają się i tworzą, realnie bądź potencjalnie, syntezę, która popycha nasze myślenie na nieznane nam tory, tworząc trudne do przewidzenia trajektorie. Wszelako wszystko to razem, najświetniejsza nawet znajomość historii idei, poglądów i działań na nic się zda, jeśli brakować w tym będzie, przede wszystkim i ponad wszystko, myślenia krytycznego o nas samych i o świecie nas otaczającym, a właściwie o sposobie, w jaki on nam się jawi. Powiedziałbym więc, że pies jest pogrzebany nie w metodzie samej, lecz w podejściu do świata i nastawieniu do zastanego stanu rzeczy i umysłów.

Nic nie jest oczywiste

Czesław Robotycki, jedna z osób, której kołtuństwo zawsze było obce, wydał książkę zatytułowaną Nie wszystko jest oczywiste. I ma rację, choć jest zbyt mało radykalny w swym poglądzie, albowiem uważam, iż NIC NIE JEST OCZYWISTE. Być może, w nieco bałwochwalczym samouwielbieniu, antropolożki i antropologowie szczycą się swym etosem, mówiąc za Geertzem: „My […] zawsze staraliśmy się […] nie dopuścić do równowagi w świecie […] Domeną innych jest rozpraszanie wątpliwości, naszą ich wzbudzanie”. Tak być powinno, lecz ilu z nas tu i teraz, nad Odrą, Wartą, Wisłą i Bugiem, z otwartą przyłbicą może się tak przedstawić urbi et orbi. Nie chodzi bynajmniej o wywracanie świata, całkowite zerwanie z tradycją, lecz o krytykę kulturową w pełnym tego słowa znaczeniu. Krytykę, która ukazuje maskującą rolę kultury (lub „przestrzeni znaczeń”, jak powiadają ci, którzy wolą dziś pojęcie „kultury” zarzucić), ujawnia, jak kultura legitymizuje nierówności i niesprawiedliwości społeczne. To właśnie takie negliżowanie nienaturalności tego, co podawane nam jest od kolebki do grobu jako naturalne, pozwoliło nam dostrzec, że nie ma niczego naturalnego w nierówności płci, ras i grup etnicznych, we wspólnotach wyobrażonych zwanych narodami, w zorganizowaniu bytu społecznego w postaci struktury politycznej zwanej państwem, w żadnym ustroju społecznym, czy to będzie realny socjalizm, czy demokracja, ani też w żadnym porządku ekonomicznym, czy to będzie gospodarka nakazowo-rozdzielcza, czy też neoliberalizm. Nie zezwala nam dziś bezwiednie godzić się na antysemityzm, na eurocentryzm, na polonocentryzm, na patriarchalizm, na orientalizujące Innych wizje świata, na warunkowaną społecznie i kulturowo dyskryminację mieszkańców polskiej wsi, obwinianie bezrobotnych i biednych za ich los.

Istota

Dla mnie, w odróżnieniu chyba od większości polskich etnologów, istota społecznej misji antropologii polega na odkrywaniu związków między strukturą społeczną i kulturą, na wyjawianiu tajemnej dynamiki przekształceń będących efektem tego, iż z jednej strony jesteśmy niewolnikami „wzorów kultury”, a z drugiej bezustannie, małymi kroczkami i w codziennym działaniu, a niekiedy rewolucyjnie, je zmieniamy. Jest to więc tradycja, która nie tylko wiąże się z nazwiskami Lévi-Straussa, Pierre’a Bourdieu, Marshalla Sahlinsa, Jamesa Scotta, Michaela Kearneya, Jean i Johna Comaroffów, lecz także Sherry Ortner i Michaela Herzfelda. Tradycja, którą urzeczywistniły, prowadząc badania w Polsce, takie badaczki jak Carole Nagengast i Elizabeth Dunn. Czy, z małymi wyjątkami, są oni obecni w naszych etnologicznych dyskursach? A przecież wszyscy oni łączą wyrafinowaną analizę kulturową z krytyką społeczną. Uprawiają coś, co nazwać można – by posłużyć się podtytułem wydanej właśnie po polsku pracy Herzfelda – antropologią jako praktyką teoretyczną w kulturze i społeczeństwie. Tego rodzaju antropologia stanowi jedną z możliwości zaangażowania się społecznego i jednocześnie etycznego sposobu jej uprawiania.

Co porusza i boli

Antropologia, etnologia nie odgrywa i nie będzie odgrywać w Polsce znaczącej roli w debacie publicznej dopóty, dopóki zajmować się będzie sprawami marginalnymi z punktu widzenia aktualnych problemów społecznych, a tak się właśnie dzieje. Nie myślę bynajmniej o tym, by nasza krytyka miała dotyczyć powierzchni zjawisk, albowiem nie ma nic bardziej zwodniczego niż potoczne sądy, które podzielają wszyscy i które wydają się niezaprzeczalne. Nie chodzi o to, by wypowiadać się akurat w kwestiach bieżących, np. teczek bezpieki, które, traf chciał, stały się przedmiotem zainteresowania etnografa, ale właśnie w płaszczyźnie interesów politycznych, niestety. Jednak tematy, które nam zalecano, to tradycja relegująca etnologię do obszarów pozostających z dala od tego, co porusza i boli ludzi z krwi i kości. Iluż spośród nas interesują problemy takie jak: otwarta dyskryminacja mieszkańców wsi w dostępie do tzw. zdobyczy cywilizacyjnych uznawanych za oczywiste w wielkich miastach; dyskryminacja dzieci chłopskich i robotniczych w systemie edukacyjnym powodująca, że biedni podatnicy dopłacają do dzieci bogatych uczących się na uczelniach państwowych, a kiedy chcą wykształcić swoje dzieci, muszą płacić na uczelniach prywatnych, często tym, za naukę dzieci których już pośrednio płacą; bieda, zwłaszcza w byłych pegeerach; bezrobotni i bezdomni; dyskryminacja kobiet w życiu publicznym i rodzinnym; rasizm wobec imigrantów i rodzimych mniejszosci; antysemityzm; nacjonalizm; społeczeństwo obywatelskie; tworzenie klanów rodzinno-zawodowych w cenionych i dobrze opłacanych zawodach, takich jak adwokaci i lekarze; umożliwianie potomnym, poprzez zasiedzenie i koneksje, robienia karier akademickich, artystycznych i medialnych; korupcja…

Powie ktoś, że są to przecież również przedmioty naszych badań. Nawet jeśli tak się dzieje, to niestety, paradygmaty, którymi większość z nas się posługuje, ani nie skłaniają do myślenia krytycznego, do którego nawołuję, ani nie nadążają za tym, co dzieje się w tej materii w świecie. Brak w tym również antropologicznego spojrzenia opartego na otwartym na innych przebywaniu z ludźmi. By być antropologiem, nie starczy buszować po bibliotekach i podkradać czyjeś idee, ponieważ czynią to rzesze filozofów i innych humanistów czy badaczy społecznych całkiem nieźle. Trzeba rozmawiać z innymi, często zwykłymi ludźmi. Jeśli nie będziemy tego robić my, to kto?

Ku odpowiedzialnej antropologii

Zajmowanie się tymi kwestiami nie musi wcale oznaczać odwoływania się do sposobów myślenia i formułowania teorii, którymi posługują się przedstawiciele innych dyscyplin. Wręcz przeciwnie, twierdzę, że tkwią oni w dyskursach hegemonicznych i zarazem je kreują, nam zaś wypada te praktyki i dyskursy dekonstruować. W tych pozornie przyziemnych sprawach wypowiadać się można bardzo niekonwencjonalnie i krytycznie. Można pisać o obowiazującym porządku światopoglądowym i hierarchii społecznej w terminach legitymizującej je kultury tworzonej codziennie w praktyce społecznej, a elity mają w tym procesie rolę uprzywilejowaną; o nepotyzmie jako o systemie niemal kastowym; o nacjonalizmach i dyskryminacji jako o przypadkach tworzenia ideologicznych wspólnot dystansujących się wobec innych w imię ekskluzji społecznych; można też pokazywać mechanizmy kulturowe rządzące myśleniem zbiorowym…Czy jednak, z uwagi na to, co napisałem powyżej, stać nas to? Jak się okazuje, nie bardzo.

Przyczynia się do tego ponadto liczebna słabość etnologii mającej w stosunku do socjologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej i politologii bardzo skromne siły. Czasem mam wrażenie, że rzeczywiście ilość może przerodzić się w jakość. Z łatwością zauważyć można, że w wielu kwestiach, w których gdzie indziej ekspertami są antropolodzy, u nas są nimi inni specjaliści. Głównie socjolodzy stali się czarownikami plemienia Polaków. „Jak twierdzą socjolodzy…”, „Socjologowie uważają to a tamto…” O etnografach usłyszeć można, gdy zbliżają się któreś ze świąt lub odbywa się akurat festiwal folklorystyczny.

Antropologia ma znacznie więcej do powiedzenia. Być może słychać o niej tak rzadko, bo jej po prostu w Polsce jeszcze praktycznie nie ma.

Opcity: Clifford Geertz, Anty- antyrelatywizm (w: Amerykańska antropologia postmodernistyczna, red. M. Buchowski); Carole Nagengast, Reluctant Socialists; Elizabeth C. Dunn, Privatizing Poland.


Michał Buchowski - profesor antropologii na Uniwersytecie Poznańskim i na Uniwersytecie Europejskim
Viadrina we Frankfurcie nad Odrą; prezes PTL.

Twój komentarz